Autor: Tomasz Dębek AIP

2017-04-21, Aktualizacja: 2017-04-21 11:18

Mamed Chalidow: Zagubiłem się, ale znów jestem sobą

- KSW 39 na Narodowym będzie wyjątkowe dla całego kraju. U nas, w Polsce, robimy jedną z największych gal w historii MMA, największą w Europie. To historyczne wydarzenie - podkreśla Mamed Chalidow (33-4-2), który w walce wieczoru zmierzy się z Borysem Mańkowskim (19-5-1). 37-letni mistrz KSW kategorii średniej opowiada nam m. in. o znokautowaniu Luke'a Barnatta w 21 sekund, swoich początkach w KSW i książce "Lepiej, byś tam umarł" - wywiadzie-rzece, który przeprowadził z Chalidowem pisarz Szczepan Twardoch.

Mamed Chalidow, mistrz mieszanych sztuk walki (MMA), który przyciąga na gale KSW tłumy fanów. W 1994 roku po wybuchu wojny z Rosją jego rodzina musiała uciekać z Czeczenii. Trzy lata później Mamed przyjechał do Polski i rozpoczął studia na uniwersytecie w Olsztynie. Tu zaczął trenować w klubie Arrachion. Po kilku latach ciężkiej pracy został mistrzem MMA. Jak sam mówi, dobre zarobki zaczęły się dopiero kilka lat temu, wcześniej "trzeba było do tego interesu dokładać". Ma dwóch synów i żonę Ewę. Jest muzułmaninem.

11 marca na gali ACB 54 stoczył pan pierwszą walkę od prawie dziesięciu miesięcy. Znokautował pan Luke’a Barnatta w 21 sekund. Sam był pan zaskoczony, że poszło aż tak szybko?


Fajnie, że tak się stało. Dzięki temu nie musiałem męczyć się przez trzy rundy. Nic, tylko się cieszyć. A czy jestem zaskoczony? To wszystko rezultat ciężkiej pracy. Prawy overhand, którym "napocząłem" Barnatta, był ciosem ćwiczonym podczas przygotowań. Już w początkowym stadium walki usłyszałem z narożnika, żeby spróbować tej akcji. Zrobiłem to, a kiedy widziałem, że rywal chwieje się na nogach, dokończyłem robotę. Gdyby cios nie wszedł, kontynuowałbym nasz plan. Nigdy nie liczę na to, że zakończę walkę przed czasem. Układamy plan na trzy rundy. Jeżeli są sytuacje, które można wykorzystać, luka w obronie czy ataku przeciwnika, próbuje się go skończyć. Tym razem, dzięki Bogu, się udało.



Była duża ulga, że uniknął pan kontuzji i teraz może spokojnie przygotowywać się do majowej walki z Borysem Mańkowskim na KSW 39 na PGE Narodowym?

Zawsze, kiedy wychodzi się z klatki bez kontuzji, to super sprawa. A już zwłaszcza, kiedy ma się zaplanowaną walkę dwa i pół miesiąca później. Dla mnie to było najlepsze rozwiązanie.

Właściciele KSW nie robili panu problemów z występem dla ACB, choć ryzykowali wypadnięcie bohatera walki wieczoru ich największej gali w historii. Dla pana występ dla czeczeńskiej organizacji był bardzo ważną sprawą?

Miałem kontakt z ACB od około dwóch lat. Rozmawialiśmy o możliwości mojego występu na jednej z ich gal, nie było tajemnicą, że chcę dla nich zawalczyć. KSW dało mi taką możliwość, bardzo się z tego cieszę. W ubiegłym roku zrobiłem dłuższą przerwę. Chciałem powrócić do klatki właśnie w ACB. Fajnie, że się udało.

To jednorazowy występ, czy chciałby pan jeszcze kiedyś zawalczyć na gali ACB?

Na razie była to jedna walka. Teraz mam pojedynek z Borysem, skupiam się tylko na nim.


© Damian Kujawa

Mamed z Borysem Mańkowskim. Prezentacja przed KSW 39

Efektowne zwycięstwo z Barnattem było dla pana swego rodzaju odkupieniem za majową walkę z Azizem Karaoglu, w której - mimo wygranej - nie był pan sobą?

A co z poprzednimi walkami, z których większość kończyłem w pierwszej rundzie? OK. Jedna walka w mojej karierze była tragiczna. Po prostu nie byłem w formie, fizycznej i psychicznej. Ale to już historia. Teraz jestem w zupełnie innym miejscu. Powróciłem do formy, o której zawsze mówiłem. Wspólnie z trenerami, klubem i moją głową udało nam się znów trafić tam, gdzie byliśmy przed walką z Azizem. Dlatego ta przerwa była mi potrzebna.
Chciałem wrócić do sportu z takim podejściem, jakie miałem kiedyś. Znów poczuć chemię pomiędzy mną i MMA. W pewnym momencie przestałem ją czuć. Zagubiłem się w tym wszystkim.
Na jakiś czas odstawiłem starty, ale nie treningi. Musiałem wszystko poukładać w głowie. Zadałem sobie pytanie, dlaczego w ogóle zacząłem walczyć. I sam na nie odpowiedziałem - bo kocham ten sport. Ostatnia walka była dla mnie powrotem miłości do MMA.

W książce „Lepiej, byś tam umarł”, która ukazała się w marcu, odważnie mówi pan Szczepanowi Twardochowi o swoim kryzysie. Podkreśla pan, że gdyby mógł coś zmienić, po każdej walce robiłby sobie miesiąc odpoczynku od sportu...

...a teraz sam sobie zaprzeczam, bo po walce z Barnattem odpocząłem tylko tydzień. (śmiech) Ale po gali na Narodowym zrobię sobie już dłuższe wakacje.

Barnatt i Mańkowski to zupełnie inni zawodnicy. Anglik to prawie dwumetrowy "stójkowicz", „Diabeł Tasmański” jest wspaniałym zapaśnikiem, ale ustępuje panu warunkami fizycznymi, jest mistrzem KSW niższej kategorii wagowej, półśredniej. Przygotowanie się na tak różnych rywali jest utrudnieniem?

Fakt, Luke jest wysoki i wolniejszy, Borys niski, ale młody, gniewny, dynamiczny, wytrzymały, silny... I bardzo szybki. Może nawet szybszy ode mnie. A ja przecież też zawsze bazowałem na szybkości, starałem się być szybszy od przeciwnika. Spodziewam się ciężkiej walki. Będziemy się ganiać dookoła klatki. (śmiech)

Mańkowski uważa, że jego styl nie będzie panu pasował. Myśli pan, że faktycznie będzie trudniejszy niż Barnatt czy poprzedni rywale?

Wszystko jest możliwe. Może styl Borysa faktycznie nie będzie mi pasował. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało. Mnie też ciekawi to zestawienie. Dla mnie to kolejne wyzwanie.


© Szymon Starnawski



Na takiego zawodnika jak pan, świetnego w zapasach, parterze i stójce, da się w ogóle przygotować?

Oczywiście. Ale już walka pokaże, na ile skutecznie. Zobaczymy, kto miał lepszy plan.

Pana przyjaciel Asłambiek Saidow walczył z Mańkowskim dwa razy. Rozmawiał pan z nim o słabszych stronach rywala?

Nie muszę się go o to pytać. Pomagałem mu w przygotowaniach do obu walk, również jako sparingpartner. Moi trenerzy będą szukać elementów, które możemy wykorzystać w walce. Wspólnie ułożymy na nią plan.

To, że będziecie walczyć na PGE Narodowym, ma dla pana jakieś znaczenie?

Oczywiście. Ta gala będzie wyjątkowa dla wszystkich. Organizacji, zawodników, tak naprawdę dla całego kraju. U nas, w Polsce, robimy jedną z największych gal w historii MMA. A największą w Europie. To historyczne wydarzenie. Możliwość wzięcia w nim udziału to dla mnie coś wyjątkowego. Jaram się tym jak małolat. Już chciałbym tam być. Wyjść z szatni, poczuć atmosferę i zobaczyć, jak stadion wygląda z perspektywy zawodnika.

Pan jest jedną z postaci, dzięki którym KSW trafiło do szerszej publiczności. Jak organizacja rozwijała się na pana oczach?

Kiedy trafiłem do KSW w 2007 roku, nikt nie spodziewał się, że MMA tak się w Polsce rozwinie. I będzie aż tak popularne. Maciek Kawulski mówił mi, że będę pionierem tego sportu w naszym kraju. Ale pieniądze będę musiał zarabiać za granicą. Poza KSW miałem walczyć w USA czy Japonii. Na pewnym etapie wszystko zaczęło się tak rozwijać, że nie było już takiej konieczności. Maciej i Martin Lewandowski poprowadzili to bardzo fajnie, do sportu dołączyli show. Dzięki nowym zawodnikom popularność KSW wzrosła tak, że przerosła oczekiwania włodarzy organizacji, moje i innych zawodników. Nic, tylko się cieszyć, że coś takiego dzieje się u nas w kraju.


© Szymon Starnawski



Wspomnieliśmy już o pana książce. Czego nowego dowiedzą się z niej pana fani?

Jest w niej wiele historii. Czy ciekawych? Nie wiem. Ludzie muszą to ocenić. Ze swojej strony mogę tylko zapewnić, że rozmowa jest szczera. Opowiedziałem o kilku sprawach, o których nie wiedział prawie nikt. Do tego wywiad przeprowadził Szczepan Twardoch, chyba najlepszy pisarz w Polsce. Jesteśmy w tym samym wieku, fajnie się nam rozmawiało. To nie był monolog, tylko dialog. Potrafiłem się przed nim otworzyć. Mam nadzieję, że powstało dzięki temu coś ciekawego. Ale żeby sprawdzić, czy tak było, musicie ją przeczytać. Polecam. (śmiech)



Trudno było panu mówić wprost o załamaniu, problemach psychicznych czy pana porwaniu sprzed lat?

Sposób prowadzenia rozmowy powodował, że nie miałem z tym żadnego problemu. Nie każdy tak potrafi, ale Szczepan zrobił to doskonale.

Podobnie jak wydana kilka tygodni temu biografia Joanny Jędrzejczyk, mistrzyni UFC i pana byłej koleżanki z Berkut Arrachionu Olsztyn, pana książka też nie jest o sportowcu, ale o człowieku.

Książki Asi jeszcze nie zdążyłem przeczytać. Ale nasza rozmowa ze Szczepanem nie jest tylko o sporcie, tylko o życiu człowieka, a przy okazji sportowca. Podobało mi się to, że nie rozmawialiśmy wyłącznie o moich wynikach w MMA. Sport jest tylko jednym z elementów mojego życia. Poruszyliśmy mnóstwo innych spraw.

Słowa pana ojca, które są tytułem książki, miały duży wpływ na to, kim jest pan teraz?

„Lepiej, byś tam umarł, niż wrócił, nie podejmując walki”. Nie chodziło mu o to, żebym pobił przeciwnika, tylko żebym spróbował. Byłem wtedy młody, a ojciec tą przenośnią przekazał mi, żeby nigdy się nie poddawać. To jeden z momentów, który mocno utkwił mi w pamięci. Wychował mnie jako człowieka, zmienił mój charakter i podejście do życia.
Później, kiedy studiowałem w Polsce, chciałem wracać do domu, do Czeczenii. Wtedy ojciec powiedział, że skoro coś zacząłem, muszę to skończyć. To też utkwiło mi w pamięci. Dzięki radom ojca uniknąłem błędów. Uważam, że wychował mnie właściwie.

Do swojej historii dopisze pan jeszcze kilka rozdziałów, kolejny w maju na Narodowym. Za jakiś czas będzie chciał pan zabrać się za kontynuację książki?

Nie, to była moja pierwsza i ostatnia książka.

Czuje się pan spełniony, jako sportowiec i człowiek?

Przede wszystkim jestem szczęśliwy, to najważniejsze. W sporcie osiągnąłem już to, co chciałem. Walcząc dla KSW dołożyłem swoją cegiełkę do rozwoju MMA w Polsce. Mogę powiedzieć, że czuję się spełnionym człowiekiem.


Rozmawiał Tomasz Dębek

Zdjęcie główne: Szymon Starnawski

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!